TCP - wyprawy

NORWEGIA 12-26.07.2006 r.

O wyjezdzie do Norwegii marzyłem od dawna. Na poczatku 2006 r. postanowiłem wreszcie działać i zrealizować swoje marzenie. Pierwotny plan zakładał samotna wyprawę na Nordkapp. W tzw. międzyczasie okazało się, że moja ówczesna dziewczyna, ku mojej wielkiej radosci, zgłosiła chęć uczestniczenia w takiej wyprawie. Od tego momentu tak naprawdę zaczęły się prawdziwe przygotowania do wyjazdu majace na celu znalezienie miejsc wartych odwiedzenia oraz najbardziej malowniczych dróg, które koniecznie trzeba przejechać. Od razu też zrezygnowalismy z Nordkapp i skupilismy się na południowej Norwegii aby mieć więcej czasu na liczne w tamtym rejonie atrakcje. Natchnienia oczywiscie szukalismy w internecie oraz prasie motocyklowej. W ten sposób powstał luzny plan wyjazdu.

Również moto zostało odpowiednio przygotowane. Wymieniłem płyny i filtry, zestaw napędowy oraz postanowiłem oddać sprzęt do serwisu celem regulacji zaworów i gaznika.  O mało nie zakończyło się to odwołaniem całej imprezy gdyż fachowcy mieli problem z dotrzymaniem terminów. Ostatecznie wszystko skończyło się dobrze chociaż ta sytuacja spowodowała, że wypadło mi kilku kolejnych włosów a moja towarzyszka podróży stwierdziła nawet, że byłem w tym czasie bardzo zamknięty w sobie. No ale czy można mi się dziwić ?

Jako ludzie nowoczesni i nie przesadni zaplanowalismy, że wyruszymy w srodę 12-go lipca zamiast 13-go w składzie: Asia, ja oraz nasz bike Honda NX650 Dominator rocznik 1996 objuczony w trzy kufry, worek z namiotem i spiworami oraz tankbag. Poranny deszczyk spowodował małe opóznienie rozpoczęcia podróży. Mogło się wydawać, że jest to zły znak, ale jak się okazało był to zły poczatek wspaniałej pogody jaka towarzyszyła nam przez prawie cały wyjazd. Pierwszy dzień to niezbyt ekscytujaca jazda z Bydgoszczy w stronę niemieckiej granicy i dalej na prom do Sassnitz. Jedyna przygoda to prujacy się tankbag, którego musiałem na goraco ratować linkami żeby uniknać całkowitego rozprucia i zgubienia zawartosci. Wybralismy przeprawę promowa z Sassnitz do Trelleborga gdyż była tańsza o ok. 200 zł od tej z Gdyni do Karlskrona. Poza tym z Niemiec płynie w ciagu doby 5 promów zamiast 2, a podróż trwa niecałe 4 godzin zamiast 10. Na szwedzkiej ziemi wyladowalismy ok. godz. 21.30. Nie tracac czasu ruszylismy na północ lokalna droga nr 108 szukajac jakiegos miejsca do biwakowania, oczywiscie na dziko. Okazało się, że okolice te sa dobrze zagospodarowane i ciężko znalezć takie miejsce, szczególnie jak się zaczyna sciemniać. Straciwszy nadzieję na znalezienie takiego miejsca zatrzymalismy się na stacji benzynowej w miejscowosci Svedala by zapytać się o jakis biwak w okolicy. Niestety dowiedzielismy się, że do najbliższego jest ok. 40 km. Ze stacji wyszlismy niepocieszeni nie bardzo wiedzac co robić dalej. Tymczasem przy naszej maszynie spotkalismy czekajaca na nas młoda parę. Koles od razu zagaił, że przypadkiem usłyszał o naszych problemach z noclegiem i w zwiazku z tym, jesli nam to nie przeszkadza proponuje bysmy się rozbili w ich ogrodzie przy domu. Cóż było robić ? Trzeba było podjąć wyzwanie ((-: Poza udostępnieniem ogrodu nasi gospodarze zaproponowali bysmy skorzystali z prysznica. Zapraszali też na browarka, ale odmówilismy gdyż nie mielismy się czym odwdzięczyć no i bylismy trochę skonani majac za soba cały dzień w siodle. 

Dzień 2, czwartek 13 lipca

Nasi gospodarze przed 8 rano pożegnali się z nami i pojechali do pracy. Ja tymczasem zabrałem się za mozolne zszywanie tankbaga. W trasę ruszylismy ok. 11-ej gdy słońce zaczęło zdrowo przypiekać. Poczatkowo kontynuowalismy podróż malownicza droga 108, która biegnie mniej więcej równolegle do głównej drogi dla jadacych na północ a mianowicie autostrady E6. Chcac nie chcac my również w końcu na nia wjechalismy gdyż nie ma dla niej alternatywy. Obładowanym do granic możliwosci Domi nie dało się specjalnie na tym odcinku nadgonić. Jazda takimi długimi prostymi odcinkami wydawała mi się nudna. Już na tej drodze było widać, że jezdzi tam sporo motocyklowych turystów na sprzętach wszelkiej masci. Za miejscowoscią Munkedal opuscilismy E6 i skręcilismy w drogę nr 165. W pewnym momencie linie srodkowe na jezdni z białych stały się żółte. Dopiero jak dojechalismy do Halden i zobaczylismy łopoczaca nad tamtejszym fortem norweska flagę zorientowalismy się, że jestesmy w upragnionej Norwegii. Całe to zamieszanie wynikło z tego, że nie chciało mi się stanać by przełożyć na druga stronę mapę. Po drobnych zakupach ruszylismy okolicznymi szutrówkami za miasto w poszukiwaniu noclegu. Niby Norwegia to duży i mało ludny kraj, ale tak jak ludzie pisza nie jest łatwo znalezć miejsce na biwak. Własciwie każdego dnia podchodzilismy do kilku miejsc zanim cos znalezlismy. Tego pierwszego dnia rozbilismy się przy lesie. Było sucho, wokół rosło sporo borówek a w pobliżu płynał strumyk, w którym można było się umyć. Już na tej wysokosci okazał się, że latarka jest zbędna bowiem wieczór nie przechodzi w noc tylko od razu w dzień.

Dzień 3, piatek 14 lipca

Kolejny dzień przywitał nas znów piękna pogoda. W planie mielismy jazdę w stronę Oslo by następnie skręcić na południowy zachód. Jednak na stacji benzynowej spotkalismy polska rodzinę podróżujaca Transitem, która poradziła nam przeprawę przez fiord promem płynacym z miejscowosci Moss do Horten (74 KR). Tak też zrobilismy. Przez cała podróż promem, która trwała jakies 15-20 min., gdy tylko prom zaczał skręcać martwiłem się czy nasza maszyna od tych manewrów nie przewróci się na stojace obok piękne wozy campingowe gdyż bagaż strasznie podniósł jego srodek ciężkosci. Gdy w końcu otworzyli zamknięta w czasie rejsu ładownie okazało się, że moje obawy były bezpodstawne i wszystko jest w porzadku. Po dopłynięciu do Horten skierowalismy się na zachód w stronę Stavanger wybierajac głównie drogi lokalne (306, 40, E134, 360, 38). Mijany krajobraz stawał się coraz bardziej atrakcyjny, zaczęły się góry a my trzaskalismy coraz więcej zdjęć myslac, że to już sa te piękne norweskie krajobrazy. Pojawiły się też pierwsze serpentyny.

Tego dnia na jednej z małych stacji benzynowych okazało się, że jest problem z płatnoscia naszymi kartami Visa Electron i dobrze jest mieć w zapasie gotówkę. Problem pojawił się jeszcze kilkakrotnie w czasie wyprawy. Ani razu też nie udało nam się zatankować na stacjach bezobsługowych, które przyjmowały płatnosci jedynie kartami Visa. W zwiazku z tym postanowilismy jak najszybciej wypłacić kasę w najbliższym bankomacie. Na nocleg stanęlismy za miejscowoscia Åmdals Verk, nad małym jeziorkiem powstałym na strumieniu. Bardzo ładne miejsce gdyby nie strasznie upierdliwe meszki i muchy.

Dzień 4, sobota 15 lipca

Znów towarzyszyło nam piękne słońce. Tego dnia zaplanowalismy dotrzeć do pierwszego z celów naszej podróży a mianowicie na Kjerag. Jest to głaz zaklinowany w szczelinie, który wisi 1000 m nad wodami fiordu Lysefjorden. Jechalismy drogami nr 45 i 9. Widoki były jeszcze lepsze niż dzień wczesniej, szczególnie po zjechaniu z trasy nr 45 bezposrednio na drogę prowadzaca w kierunku Kjerag. Przez ostatnie 20 km towarzyszył nam naprawdę surowy krajobraz z licznymi jeziorkami, strumieniami oraz nagimi skałami z rzadka porosniętymi trawa. Odwiedzajac tamte tereny trzeba uważać na błakajace się po drodze oraz poboczach owce i kozy, które sa w ten sposób wypasane.


Taki stwór potrafi się pojawić na drodze całkiem niespodziewanie. Na miejsce wyjscia na szlak dotarlismy ok. godz. 16-ej. Jest tam duży parking z wyznaczonym miejscem MC i całym potrzebnym zapleczem. Na miejscu okazało się, że trasa do kamienia i z powrotem obliczona jest na 6 godz. Zaczęlismy się zastanawiać czy damy rade bo w końcu było pózne popołudnie, ale pani w informacji powiedziała Asi, że nie ma problemu gdyż widno jest do północy (!). Poczatkowo nie bardzo wiedzielismy co zrobić z całym motocyklowym dobytkiem. Przecież przyjechalismy z kraju, w którym wszystko zmienia własciciela jak się tylko człowiek odwróci. Widzac jednak, że inni motocyklisci zostawili dosłownie wszystko, zrobilismy to samo. Trzeba się umieć przystosować (((-: Pózniej już nie mielismy takich dylematów i nieważne czy szlismy do sklepu, czy cos zwiedzać to zostawialismy graty na motorze i po powrocie je tam zastawalismy. To naprawdę piękne uczucie !!! Wędrówka zajęła nam ok. 4 godzin a wcale się nie spieszylismy. Zaskoczyło nas to jak wygladaja tamtejsze góry bowiem jest to jedna lita skała. Nie tak jak w naszych górach gdzie skały sa spękane i rozsypuja się. Człowiek się tam czuje jak Guliver maszerujacy po dużych polnych kamieniach. Najlepsze było jednak to, że jak już weszlismy na sama górę to naszym oczom ukazał się widok gór niezmaconych ludzka działalnoscia, wygładzonych przez lodowiec i sięgajacych aż po horyzont.


Sam Kjerag to zupełnie inna bajka. Jest to naprawdę niesamowite jak ten głaz wisi wcisnięty pomiędzy dwie skały i to na takiej wysokosci. Pewnie kiedys spadnie więc musiałem na niego wczesniej wejsć. Polecam goraco ! Będac w Norwegii warto to miejsce odwiedzić szczególnie, że niedaleko, nad tym samym fiordem, jest jeszcze jedno miejsce warte zobaczenia a mianowicie Prekestolen czyli Kazalnica, dokad pojechalismy następnego dnia.

Wczesniej jednak musielismy znalezć miejsce na nocleg. Zrobilismy sporo kilometrów zanim cos trafilismy. W końcu stanęlismy na fragmencie starej drogi biegnacej wzdłuż nowej szosy koło miejscowosci Fidjeland. Pózniej jeszcze kilka razy korzystalismy z podobnych miejsc gdzie było dosć płasko i sucho, na tyle że dało się rozbić namiot w tym skalistym i górzystym kraju.       

Dzień 5, niedziela 16 lipca

Pogoda nadal dopisywała. Najpierw jechalismy droga 45 a potem 508 aż do przeprawy promowej Høle-Oanes (ok. 50 KR). Po drugiej stronie fiordu poruszalismy się trasa nr 13. Po drodze pozdrowilismy stojaca na poboczu parę z Polski jadaca Transalpem. Jak się pózniej okazało oni również kierowali się na Kazalnicę. Spotkalismy się z nimi na parkingu i zamienilismy kilka słów. Tam również była wydzielona częsć parkingu dla motocyklistów. Maszyn sporo. Głównie Norwegowie i Niemcy, ale była też Afryka Twin z Czech, no i my Polacy w sile dwóch sprzętów. Prekestolen to prawie 600 m pionowa sciana górujaca na fiordem. Ruch na szlaku duży. Podejscie jest proste, ale zajmuje ok. 2 godzin. Po dotarciu na miejsce ukazał się nam piękny widok na prawie cały fiord.

Płynace w dole łodzie i statki były niczym łupinki. U nas pewnie taka przepasć byłaby zabezpieczona barierkami „w trosce o bezpieczeństwo”, a tam nic. Jak człowiek chce to może sobie usiasć na krawędzi i dyndać nogami. Wokół panowała atmosfera ogólnego pikniku. Ludziska się opalali, ktos grillował, biegały dzieci i psy. Po powrocie z wycieczki zafundowalismy sobie kapiel w ogólnodostępnych prysznicach (10 KR za 3 min.) i odswieżeni ruszylismy w dalsza drogę. Po jakichs 30 km znalezlismy ładne miejsce na nocleg nad strumieniem. Wieczór spędzilismy siedzac przy ognisku i popijajac Krupnik. Już po powrocie do kraju wyczytałem w necie, że w Norwegii rozpalanie ognisk w okresie letnim jest zabronione. Może dobrze, że tego wtedy nie wiedzielismy ?

Dzień 6, poniedziałek 17 lipca

Rano zaryzykowalismy kapiel w strumieniu. Ale woda była zimna !!! Dosłownie mroziła członki !! Podróż kontynuowalismy droga 13 kierujac się na północ. Trasa stawała się coraz ciekawsza. Gdy czekalismy na kolejny prom płynacy z Hjelmeland do Nesvik zaczęła się psuć pogoda. Zanim zjechalismy z promu zaczęło mżyć. Deszcz towarzyszył nam do końca dnia a nawet do rana. Trzeba było jechać naprawdę ostrożnie bo oczywiscie na trasie nie brakowało zakrętów a w zasadzie to brakowało prostych. Przed całkowitym zmoknięciem ratowały nas ciuchy przeciwdeszczowe oraz duża ilosć tuneli na trasie. Najlepsze, że w najdłuższym z nich, majacym 10 km, Asi zasnęła sobie w najlepsze !! Dobrze, iż tunele były oswietlone gdyż przeładowany Domi swiecił swoim reflektorem głównie po suficie. Nisko wiszace chmury spowodowały, że nie dało się podziwiać widoków. Pierwszym miejscem, przy którym się zatrzymalismy był ładny wodospad Latefossen.

Jadac dalej, przez miejscowoscia Odda, zobaczylismy w oddali pierwszy jęzor lodowca ! W Odda w miejscowym markecie zrobilismy drobne zakupy (chleb, ciastka, czekolada, sok) oraz zjedlismy dziwnego kebaba atakowani przez nachalne gołębie. Za miastem kierowca jadacego przed nami tira przekonał się, że ostrzeżenia o znajdujacych się na drodze zwężeniach to nie fikcja i gdy próbował się w takim miejscu minać z jadacym z naprzeciwka samochodem zawadził tyłem naczepy o skałę urywajac sobie przy okazji cały pas tylnych swiateł. Na nocleg zatrzymalismy po dotarciu na płaskowyż Hardanger, na który wjeżdża się spiralnym tunelem. Namiot rozbijalismy w deszczu na starej drodze wsród popularnych w Norwegii małych domków letniskowych stawianych w bardzo malowniczym krajobrazie i poszlismy spać liczac na to że pogoda następnego dnia się poprawi.

Dzień 7, wtorek 18 lipca

            Gdy się obudzilismy nadal padało. Na szczęscie ok. 10 zaczęło się przejasniać, wyszło słońce i moglismy ruszyć dalej. Najpierw cofnęlismy się kawałek by podziwiać wodospad Vøringsfossen. Woda spadajaca z kilkuset metrów tworzyła mgłę, która w słońcu mieniła się piękna tęcza.


Dalej jechalismy droga nr 7 biegnaca po płaskowyżu. Otaczajacy nas krajobraz był bardzo surowy. Tylko skały, kamienie i trochę trawy. Góry, które było widać w oddali stawały się coraz wyższe co można było stwierdzić choćby po zalegajacych na nich snieżnych i lodowych czapach. W miejscowosci Hol skierowalismy się na drogę nr 50 biegnaca do Aurlandsvagen gdzie zaczynała się kolejna trasa będaca naszym celem czyli tzw. Snieżna Droga. Jest to stara droga, która obecnie można minać najdłuższym w Norwegii 25 km tunelem, ale myslę że nie warto. Droga zaczyna się oczywiscie swietna serpentyna puszczona zboczem fiordu. Na samym szczycie znajduje się pomysłowo zrobiony punkt widokowy. Jest to pomost wypuszczony jakies 20 metrów poza stromiznę góry i zakończony ukosnie ustawiona szyba, która powoduje, że ma się wrażenie jakby tam nie było żadnej bariery. Z pomostu rozciagał się przepiękny widok na fiord Aurlandsfjorden.

Nacieszywszy oczy i po zrobieniu dokumentacji foto ruszylismy w dalsza drogę. Jako że bylismy już na dosyć sporej wysokosci temperatura powietrza mocno spadła. Sytuację ratowało słońce. Liczyłem, że spotkamy tam miejsca, w których droga będzie wiodła wsród zasp, gdyż widziałem takie zdjęcia w necie, ale nic z tego. Snieg oczywiscie gdzieniegdzie leżał lecz nie o to chodziło. Jadac Snieżna Droga mielismy okazję podziwiać majestatyczna panoramę najwyższych szczytów Norwegii Jotunheimen (Dom Gigantów, gdyż sa tam aż 24 szczyty mierzace ponad 2.000 m n.p.m., w tym najwyższe szczyty Skandynawii: Galdhöpiggen 2469 m n.p.m. i Glittertind 2452 m n.p.m.), które było od nas oddalone w linii prostej o jakies 60-70 km. Z gór zjechalismy w porze obiadu więc zatrzymalismy się na parkingu nad fiordem by upichcić jakas strawę. Posiliwszy się ruszylismy na wschód droga nr 5 a następnie E16, która w atlasie jest zaznaczona jako szczególnie atrakcyjna widokowo. Tak jak prawie na całej trasie, za każdym zakrętem ukazywały się niezapomniane widoki, że aż człowiek zaczynał „obojętnieć”. Tego dnia zatrzymalismy się nad jeziorem Vangsmjøsi, tuż za wioska. Czulismy z tego powodu mały dyskomfort, ale nie mielismy już siły jechać dalej. W wodach jeziora z obu stron majestatycznie przegladały się 1700 m szczyty.

Dzień 8, sroda 19 lipca

            Rano szybkie sniadanko, pakowanie obozu i na moto. Żeby wskoczyć na drogę nr 51 pojechalismy malowniczym skrótem przez miejscowosć Røyne. Na szlaku obowiazkowe serpentyny, stromizny i zakręty czyli wszystko czego trzeba motocykliscie. Na jednym z winkli zrobiło mi się goraco gdy za mocno przyciałem zakręt a busa jadacego z przeciwka akurat lekko wyniosło na łuku. Obaj musielismy korygować tor jazdy by uniknąć kolizji. Było blisko... Drogę 51 wybralismy żeby od wschodniej strony podziwiać Jotunheimen. Pogoda dopisywała więc było co ogladać. W Randsverk skręcilismy w drogę 257 kierujac się do Otta gdzie w okolicznych Górach Rondane miał być kolejna atrakcja na naszej trasie: Kvitskriuprestene. Trochę czasu zajęło nam znalezienie własciwego zjazdu, ale prawdziwa zagadka był wjazd na płatna drogę do parku narodowego. Wjazdu „bronił” szlaban, obok stała tablica w języku norweskim, a pod nia skrzynka. Wspólnymi siłami - z Polakami podróżujacymi starym VW Transporterem - opanowalismy sprawę. Trzeba było po prostu ze skrzynki wyjać kopertę, wypisać dane pojazdu oraz datę, oderwać potwierdzenie (papier kopiowy) a do koperty włożyć odpowiednia opłatę (10 KR) i wrzucić do skrzynki. Prosty system tylko myslę, że nie do zastosowania u nas. Kvitskriuprestene ktos opisujacy swój wyjazd do Norwegii nazwał norweska Kapadocja. Mocno przesadził gdyż jest to zwykłe wapienne osuwisko z kilkumetrowymi szpicami z kamieniem na czubku. Moim zdaniem nie warto tam jechać. Szkoda czasu. Za Otta pędzilismy droga 15 do Lom. Ku naszej radosci udało się nam tam kupić nabój do kuchenki gazowej gdyż nasz był już na wyczerpaniu. W Lom skręcilismy w drogę 55 biegnaca pomiędzy Jotunheimen a największym lodowcem w kontynentalnej Europie Jostedalsbreen. Tej drogi nie można przegapić !!! Asfalt cały czas piał się w górę. Wokół widać było pełen majestat i surowosć gór. Można by było o tym napisać całe tomy, ale i tak to nie odda tego klimatu. To po prostu trzeba zobaczyć na własne oczy.


Oczywiscie z powodu wysokosci oraz wszechobecnego lodu i sniegu zalegajacego na szczytach było tam dużo chłodniej niż w dolinach. Najwyżej położony punkt na tym odcinku to Fantesteinem (1434 m n.p.m.) Na całej trasie tylko na Dalsnibbe wjechalismy wyżej. Krótko przed zjazdem z gór było odbicie na prywatna drogę biegnaca do Øvre Årdal, która wszyscy polecaja. Ja też chciałem nia przejechać, ale na mapie która posiadalismy jej nie było i nie wiedziałem ile ma kilometrów i ile zajmie przejazd. Z powodu póznej pory i koniecznosci szukania noclegu musielismy ja odpuscić. Obiecałem sobie, że kiedys tam wrócę. Po zjechaniu kolejna piękna serpentyna w dolinę znalezlismy ładne miejsce na nocleg rozstawiajac namiot w pobliżu pola namiotowego. Wczesniej jednak, próbujac zawrócić, zaliczylismy pierwsza glebę kładac maszynę w poprzek drogi. Na szczęscie nic nie jechało i nic się nie stało. Tylko kufer od tego czasu ma mała pamiątkę.

Dzień 9, czwartek 20 lipca

            Znów piękne słońce. Po spakowaniu obozu a przed rozpoczęciem podróży postanowilismy skorzystać z pryszniców na pobliskim polu namiotowym. Obsługa nie widziała problemu, szczególnie że woda leci po wrzuceniu do automatu 10 KR /za 3 minuty/. Naszym głównym celem na ten dzień był jeden z jęzorów lodowca Jostedalsbreen, na który jedzie się droga 604. Wjazd pod sam lodowiec jest płatny (5 KR). Już z parkingu oddalonego od końca jęzora o jakies 1000-1500 m rozciaga się super widok bowiem lód „spływa” kilkusetmetrowym żlebem utworzonym pomiędzy dwiema górami.

Wyglada to niesamowicie, do tego te kolory oraz kształt lodu. Do lodowca można podejsć scieżka lub podpłynać łodzia pływajaca po znajdujacym się u jego podnóża jeziorze. Można się wybrać z wycieczka na sam lodowiec, ale nie wiem ile to kosztuje. Ludzie chodzacy po lodzie wygladali na jego tle jak mrówki. Dla bezpieczeństwa nie można było podchodzić pod sama krawędz lodu jednak rozciagnięta linka nie była w stanie powstrzymać mnie przed jego dotknięciem. Był zimny i twardy. Fajnie by było móc wejsć na sama górę i zobaczyć jak tak to wyglada. To musi być widok. Na Google Maps można zobaczyć jak duży jest ten lodowiec. Nacieszywszy oczy ruszylismy w dalsza drogę. Najpierw wrócilismy do Gaupne, a pózniej droga 55 wijaca się wzdłuż Sognefjorden dojechalismy do przeprawy promowej Hella – Dragsvik. Na drugiej stronie pojechalismy droga 13 i znów wdrapywalismy się z poziomu morza kolejna przepiękna serpentyna. Na szczycie był obowiazkowy punkt widokowy.

Mimo że był usytuowany na kompletnym odludziu w toalecie była tylko ciepła woda (!) Dalsza droga to kolejne super widoki oraz niekończace się zakręty. Na nocleg zatrzymalismy się ponownie na starej drodze i to miejsce było jednym z najładniejszych na jakim stalismy. Po rozbiciu namiotu zabrałem się za wymianę oleju gdyż przejechalismy 3000 km a Domi, zgodnie z zaleceniem producenta, wymaga po takim dystansie zmiany oleju. Byłem na to przygotowany ciagnac z Polski 4 litry oleju (2 na zmianę, 2 na ewentualne dolewki). Operacja przebiegła zgodnie z planem. Większym problemem był brak wody do picia, której nie udało nam się po drodze zatankować. Posiłkowalismy się więc woda z pobliskiego jeziora. Woda była krystalicznie czysta tylko cos w niej pływało. Uznalismy, że jak się ja ugotuje to pewnie to cos zdechnie (((-: Kolejna atrakcja obozowiska były rosnace obok borówki. Rodzina była bardzo zdziwiona gdy o godz. 22 napisałem SMS-a, że własnie się nimi objadamy, ale tam po prostu jest tak widno.

Dzień 10, piatek 21 lipca

            Pogoda nadal dopisywała. Celem dnia była Dalsnibba (1476 m. n.p.m.) oraz Droga Trolli. Jechalismy drogami 5, E39, 60. Pomiędzy Innvik i Olden jedyny raz stanęlismy w korku. Droga była tak waska, że dwa samochody nie dawały rady się minać, a tymczasem ruch w obu kierunkach był spory. W Olden widzielismy zacumowany wielki oceaniczny statek pasażerski. Było na co popatrzeć. Następnie walilismy droga nr 15. Za miejscowoscia Skora wjechalismy serpentyna na polecana przez wielu drogę 258, która na górze staje się równa jak stół szutrówka. Gdyby w Polsce były takie asfalty.... Rozciagajace się stamtad widoki rekompensuja nadłożenie drogi.

Po przejechaniu 25 km znów dotarlismy do 15-ki i skręcilismy w lewo. Wjazd na Dalsnibbe jest płatny, chyba 10 KR od maszyny. Oczywiscie trasa w górę kręci się i wije. Na szczycie jest spory wyasfaltowany parking będacy jednoczesnie punktem widokowym. Widok jaki się tam roztacza może oczarować. Jak okiem sięgnać częsciowo osnieżone szczyty a do tego leżace u podnóża góry miejscowosć Geiranger oraz fiord o tej samej nazwie. Atrakcja jest też droga prowadzaca w dół, która na odcinku ok. 10 km trzeba pokonać cała różnicę poziomów.

Widać, że miasteczko Geiranger jest dla wielu celem wypraw gdyż jest oblegane przez turystów i trudno tam nawet zaparkować motocykl. Znalezlismy miejsce przy malusieńkiej stacji benzynowej stawiajac Dominatora w zacnym towarzystwie innych obładowanych bagażami sprzętów. Muszę przy okazji nadmienić, że na całej trasie nikt nie mógł się z nami równać pod względem wielkosci bagażu (((-:. Pierwotnie chcielismy popłynać statkiem wycieczkowym po fiordzie i zobaczyć słynny wodospad Siedmiu Sióstr, ale zrezygnowalismy ze względu na czas. Statek wypływał o godz. 17 a rejs trwał ok. 2 godzin. My natomiast mielismy jeszcze kawał drogi do przejechania. Wodospad zobaczylismy z kolejnego pomysłowego punktu widokowego umieszczonego nad fiordem.

Po zaliczeniu przeprawy promowej Eidsdalen – Linge wjechalismy na Drogę Trolli zakończona Drabina Trolli. Droga Trolli to kolejna atrakcyjna widokowo traska pełna prawych i lewych winkli, która obowiazkowo trzeba przejechać. Tak jak i Drabinę Trolli, która jest swietnie poprowadzoną super serpentyna z dwoma wodospadami na trasie. Trasa jest waska i nie ma żadnych barierek. Jedyna ochrona przed ewentualnym wypadnięciem w przepasć jest taki trochę wyższy betonowy krawężnik.

 Na nocleg zatrzymalismy się za Åndalsnes, w lesie. W trakcie poszukiwania miejsca mielismy druga glebę, tym razem na prawa stronę. Również tym razem nic się nie stało. Wieczorem po obliczeniu czasu potrzebnego na powrót ustalilismy, że po jutrzejszym dniu trzeba będzie zaczać kierować się w stronę domu i w zwiazku z tym nie damy rady objechać - branej od poczatku pod uwagę i leżacej w Szwecji – tzw. drogi przez pustkowie. 

Dzień 11, sobota 22 lipca

            Dzień jak co dzień czyli słońce i bezchmurne niebo. Zaplanowalismy objechać szuterkiem trasę pomiędzy Reitan a Sunndalsøra. Zanim tam dojechalismy przemieszczalismy się drogami 64 i 660. Po zjechaniu z 660-ki jechalismy malownicza droga wzdłuż jeziora otoczonego obowiazkowo przez góry. Szutrówka jest płatna, ale tym razem wiedzielismy o co chodzi. Poczatek drogi to mozolne wspinanie się w górę. Nawierzchnia nie była już tak idealna.

Na trasie jest nawet kręty, szutrowy tunel, tym razem nieoswietlony, co przy naszych swiatłach oznaczało jazdę prawie po omacku. Na całe szczęscie nie był długi. Przed tunelem spotkalismy fachowców wysypujacych na drogę za pomoca rozrzutnika jakis biały granulat. Był to prawdopodobnie jakis zwiazek soli majacy absorbować wilgoć i ograniczać wzbijanie kurzu gdyż tam gdzie już przejechali droga wygladała jak zroszona woda. Dodam, że droga wiedzie przez totalne pustkowie gdzie sa tylko skały i trochę trawy. Z czasem nawierzchnia stawała się coraz gorsza. Było coraz więcej dziur i luznych kamieni a do tego znacznie zwiększył się ruch katamaranów, które niemiłosiernie kurzyły. Musiałem się mocno koncentrować i porzadnie trzymać kierownicę żeby utrzymać tor jazdy. Również moto przechodziło ciężka próbę bo co rusz wpadalismy w dziury powodujace dobicie tylnego amortyzatora. Te 70 km naprawdę zmęczyło cała nasza trójkę. Jednak najlepsze było dopiero przed nami gdyż droga kończyła się szutrowa wersja Drabiny Trolli tylko bez jakichkolwiek zabezpieczeń. Czad !!! Majac jeszcze kawał dnia przed soba puscilismy się droga 70 w stronę znajdujacego się na wyspie miasta Kristiansund by spojrzeć na otwarte Morze Północne. Widać było, że zjechalismy z uczęszczanych tras turystycznych bowiem praktycznie przestalismy mijać motocyklowych turystów. Aby dostać się do Kristiansund trzeba pojechać płatnym (60 KR) 7 km tunelem poprowadzonym pod dnem morza (jak na Nordkapp). Tunel musiał trochę przeciekać bowiem jadace samochody wzbijały taka mgłę, że zanim dotarlismy do końca tunelu prawie nic nie widziałem przez uwalone solanka gogle. Zreszta cały motocykl był pokryty ta słona mazia. Cała wyprawa nad morze nie bardzo się udała bowiem nie znalezlismy miejsca gdzie można by było jednoczesnie dojsć do morza i popatrzeć na bezkres wody. Niepocieszeni szybko wrócilismy na stały lad tym razem płacac myto za most (znów 60 KR) znajdujący się za tunelem. Namiot rozbilismy kilkanascie kilometrów dalej na terenie starego składowiska drzewa.   

Dzień 12, niedziela 23 lipca

            Poczatek naszego powrotu. Ostatnim planowanym miejscem na trasie była tzw. Sciana Trolli będaca najwyższa sciana wspinaczkowa w Norwegii. Miejsce to znajduje się za miastem Åndalsnes przy drodze E136. Zanim tam dojechalismy płynęlismy ostatnia przeprawa promowa na terenie Norwegii. Była też miła niespodzianka gdy pan pobrał od nas opłatę tylko za MC i zaoszczędzilismy ponad 20 KR. Sciana prawdę mówiac specjalnie mnie nie powaliła. Może gdybym był alpinista to byłbym w stanie docenić jej walory. Jadac dalej ogladalismy znajdujacy się przy drodze jakis fajny wodospad, ale nie wiem gdzie. W sumie tyle ich było na całej trasie, że kto by je spamiętał. Przed Otta złapał nas lokalny deszcz chociaż wszędzie wokół było słońce. Przynajmniej zmyło z nas trochę tej solanki z tunelu. Za Otta skręcilismy z głównej drogi E6 na lokalna 255. Fajna, praktycznie pusta i wijaca się wsród gór i lasów trasa. Gdy zatrzymalismy się na mały odpoczynek usłyszelismy przetaczajaca się niedaleko burzę. Dobrze że nas nie dosięgła bo jak się pózniej okazało była to burza gradowa. Grad był tak wielki i intensywny, że jak tam dojechalismy po kilkudziesięciu minutach to okalajace wioskę pagórki były pobielone a grad leżacy przy drodze całymi kupami miał wielkosć dużego orzecha laskowego. Najbardziej niesamowicie wygladała jednak mgła unoszaca się w całej dolinie mimo swiecącego słońca. Atmosfera niczym z jakiegos filmu grozy gdy zaraz ma się cos wydarzyć.

O intensywnosci opadów swiadczył też brunatny kolor wody w pobliskich strumieniach. Droga 255 dojechalismy do Lillehammer, ale nie zwiedzalismy miasta. Po zatankowaniu paliwa udalismy się droga 213 gdzie po kilku kilometrach zatrzymalismy na starej drodze na nocleg. Namiot naciagalismy używajac kamieni zamiast sledzi. W nocy zaczał padać deszcz i towarzyszył nam aż do rana.

Dzień 13, poniedziałek 24 lipca

            Około 9-ej się rozpogodziło i moglismy bez kłopotów kontynuować podróż. Nadal omijalismy główna drogę jadac jej równoległymi odpowiednikami aby zobaczyć jak najwięcej kraju. Poruszalismy się drogami 33 i 177. W Årnes postanowiłem jeszcze bardziej uatrakcyjnić jazdę i wybrałem skrót droga zaznaczona na mapie na biało. W efekcie okazało się, że gdzies na poczatku zle skręciłem i po jakichs 30 km jazdy szutrami trzeba było podjać decyzję o powrocie ta sama droga gdyż jechalismy w zupełnie innym kierunku. Najpierw jednak skorzystalismy z okazji i wykapalismy się w wygrzanych wodach jednego z jezior. Odswieżeni ruszylismy w dalsza drogę. Najpierw powrót do Årnes a potem drogami 175, 115, 125 i 21 aż do Halden kończac w ten sposób nasza norweska pętlę.

Po zatankowaniu pod korek resztę norweskich koron wydalismy w sklepie na różne przysmaki. Wpałaszowalismy je na naszym ostatnim skandynawskim biwaku kilka kilometrów za Halden. Ponownie stanęlismy na starej drodze, wsród krzaków obwieszonych malinami, które w większosci padły naszym łupem.

Dzień 14, wtorek 25 lipca

            Droga powrotna aż do Halmstad była powtórka drugiego dnia wyprawy. Tym razem jadac autostrada odczuwałem niejaka przyjemnosć z faktu, że mogę wrzucić piatkę i przez wiele kilometrów nie muszę wachlować biegami. Za Halmstad, majac jeszcze trochę czasu do odpłynięcia promu odbilismy bardziej na wschód jadac drogami 117, 23, 13 i 11. Do Trelleborga dotarlismy dwie godziny przed czasem. Stojac w kolejce dziwilismy się czemu to tak długo trwa. Jak dotarlismy w końcu na okienka pani zaproponowała nam bilet na prom do Rostoku mówiac, że na prom do Sassnitz nie ma już miejsc bo jeden z nich uległ awarii i wpuszczani sa tylko ci co mieli wczesniej wykupiony bilet. Ostatecznie sprzedała nam miejsce rezerwowe nr 3. Tak więc z kilkoma innymi nieszczęsnikami czekalismy aż wszyscy się załaduja i liczyac, że zostanie jakies wolne miejsce. Mielismy zreszta największe szanse bo jako jedyni z ławki rezerwowej jechalismy motocyklem. Ostatecznie okazało się, że wszyscy się bez problemu zmiescili. Prom ruszył z kilkudziesięciominutowym opóznieniem ale nadrobił czas na trasie. Poczatkowo próbowalismy się zdrzemnać na pokładzie, ale to nie zdało egzaminu i w końcu walnęlismy się w na podłodze jakiejs poczekalni.

Dzień 15, sroda 26 lipca

            Sen był krótki. Ok. 3 w nocy dopłynęlismy do brzegów Niemiec. Było zimno. Po zjechaniu z promu od razu jacys życzliwi zaczęli mi mrugać swiatłami sugerujac, że ich oslepiam jakbym k... o tym nie wiedział. Na pierwszej stacji trochę skręciłem swiatła w dół. Nocna jazda przez Niemcy dała nam w kosć. Bylismy zmęczeni a do tego było przenikliwie zimno. W któryms momencie temperatura spadła do 7 stopni. Pierwszy raz w mojej kilkuletniej karierze motocyklowej zaparowały mi nawet gogle. Sytuację poprawiło dopiero wschodzace słońce, które spowodowało opadnięcie mgły. W Stargardzie Szczecińskim kupilismy cos do jedzenia i niedługo potem się zatrzymalismy na postój. Bylismy tak zmęczeni, że zasnęlismy na trawie nie wiem na jak długo. Jadac krajowa 10-ka trochę minęło zanim ponownie przyzwyczaiłem się do warunków drogowych panujacych w Polsce. Kurcze jak szybko można się przyzwyczaić do dobrego. W Bydzi bylismy krótko po południu kończac w ten sposób nasza wyprawę.

W jej trakcie przejechalismy 5500 km. Wydalismy prawie 4000 zł z czego ponad połowa poszła na paliwo. Jak na razie był to mój wyjazd życia. Mam nadzieje, że nie ostatni. Szkoda tylko, że moja towarzyszka podróży raczej już ze mna nigdzie nie pojedzie. W tym miejscu chciałbym jej bardzo serdecznie podziękować za wspaniałe towarzystwo. Kto wie czy bez niej w ogóle by doszło do wyjazdu, a jeżeli tak, to na pewno nie byłby tak udany.                                  


Asia i Michu


TKP - wyprawy